Po przynajmniej dziesięciu postojach na sikanie i dwóch na wymiotowanie, dość sfatygowana Rita wysiadła w końcu przed gmachem dworca King's Cross. Jeśli zasady tajności rzeczywiście istniały, to chyba tutaj pierwszego września nie obowiązywały. Zewsząd nadchodziły osoby z sowami zamkniętymi w klatkach, miotłami przymocowanymi do bagaży i ściskające w dłoniach olbrzymie ropuchy. A jedna czarownica nawet nie raczyła przebrać się w mugolskie stroje.
Tata osobiście zapakował jej rzeczy na wózek bagażowy, złapał ją za rękę i poprowadził na odpowiedni peron. Przed nimi dumnie kroczyła Berta, jakby całym swoim jestestwem chciała pokazać, że to dla niej nie pierwszyzna. Gdy dotarli w odpowiednie miejsce, Jorkinsówna rozpędziła się, pchając swój wózek prosto na solidną ścianę między peronem dziewiątym, a dziesiątym. Sekundę później... rozpłynęła się w powietrzu. Camil Skeeter wymownie wskazał na to miejsce.
- Że niby mam ot tak sobie przejść przez ten mur? - zapytała ironicznie Rita.
- No... Jeśli chcesz pojechać do Hogwartu nie masz wyboru - odparł ojciec. - Ale możesz też...
- Zrobi się - przerwała mu szybko.
Wbrew pozorom nie było to takie trudne. Zamknęła oczy i rozpędziła się jak tylko mogła. Chwilę później biegła już po zupełnie innym, o wiele przyjemniejszym miejscu.
Peron 9 i 3/4, jak głosił napis, pełen był już uczniów Hogwartu. Niektórzy przebrali się już w szkolne szaty.
Za Ritą pojawiła się jej mama z Beniaminem. Brat z błyszczącymi oczami przyglądał się temu całemu rozgardiaszowi i lśniącej, czerwonej lokomotywie.
- Mogę też jechać do Hogwartu? - zapytał niemal natychmiast.
- Za dwa lata - odparła Vivian Skeeter. - Poszukajmy lepiej Berty.
Zaczęli przeciskać się przez tłum, tata się gdzieś zawieruszył. Minęli jakiegoś blondwłosego mężczyznę z dwójką dzieci - chłopcem i dziewczynką, która mogła być w wieku Rity. Vivian Skeeter zmierzyła go tylko ponurym spojrzeniem i przyspieszyła kroku, choć mężczyzna zatrzymał się na jej widok i przez chwilę patrzył za nimi z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Kto to był? - zapytała Rita, doganiając matkę.
- Nie ważne - szepnęła. - Są.
Berta już witała się z Desdemoną po miesięcznej rozłące. Stamford usiłował wciągnąć swój kufer do pociągu. W końcu jego ojciec się nad nim zlitował i przy pomocy jednego zaklęcia załatwił sprawę.
W pobliżu jakieś dwie dziewczynki wykłócały się ze sobą, starsza kobieta próbowała powstrzymać jakiegoś malucha od wyrwania się jej, a tuż obok nich czarnowłosa kobieta czule żegnała się z córką.
Pojawił się zaginiony Camil Skeeter i Rita natychmiast przestała zwracać uwagę na to, co dzieje się wokół niej.
- Mój bagaż - powiedziała szybko do ojca.
- W którym przedziale siedzisz? - zapytał pan Skeeter.
- W pierwszym w tym wagonie - odpowiedziała za nią Berta.
A więc wyglądało na to, że nie uwolni się od jej towarzystwa aż do Hogwartu. Trudno, nie należy robić sceny przy Jorkinsach, nie ich wina, że mają durną córkę, a tym bardziej przy dostojnych rodzicach Desdemony.
Tata i pan Edward Jorkins zniknęli na chwilę w pociągu, aby jakoś urządzić tam swoje dzieci. Pani Crouch czule tuliła do siebie swoje najmłodsze dziecko, które zapewne było jej oczkiem w głowie.
- Możecie już wsiadać - oznajmił Camil Skeeter. - Za pięć minut odjeżdżacie.
Matka niespodziewanie przyciągnęła Ritę do siebie i mocno przytuliła. Dziewczynce za nic w świecie nie udawało się wyswobodzić z jej objęć.
- Daj spokój, mamo - jęknęła, gdy w końcu Vivian Skeeter zdecydowała się ją puścić. - Wyjeżdżam tylko na kilka miesięcy.
Pani Jorkins położyła "sąsiadce" rękę na ramieniu.
- Rozstanie z pierwszym dzieckiem jest najtrudniejsze - powiedziała pocieszająco. - Później jest już łatwiej.
Stamford jednak szybko dał dyla do pociągu, na wypadek, gdyby miał podzielić los Rity. Beniamin i Albert już dawno zajęli się ściganiem jakiegoś kota, nie mając zamiaru wziąć udziału pożegnaniu starszego rodzeństwa.
- Uważaj na siebie, bo inaczej będę skazany na wyłączne towarzystwo twojej matki i brata - powiedział Camil Skeeter, pomagając córce wejść do pociągu. - I masz wrócić na Boże Narodzenie.
- Zobaczymy - odparła Rita, zanim drzwi wagonu się za nią zamknęły.
Przez chwilę zastanawiała się czy nie zostać na korytarzu, aby uniknąć tych jakże wzruszających pożegnań, ale w końcu wzięła głęboki oddech i weszła do przedziału zajmowanego przez Jorkinsów i Desdemonę. Grzecznie ustawiła się przy oknie i wraz z nimi zaczęła machać do rodziców. Rozległ się potężny gwizd i pociąg ruszył. Wkrótce peron zniknął im z oczu.
Rita zajęła miejsce przy oknie. Odkąd dostała list z Hogwartu sądziła, że w tym momencie poczuje się inaczej, może bardziej dorosła... W końcu wyruszała w pierwszą podróż bez rodziców, bez żądnego opiekuna. Nic takiego się jednak nie stało. Wciąż była tą samą dziewczynką, z kufrem pełnym rupieci, żyjącą tęsknotą za utraconymi niegdyś wygodami.
- A jak twoje śledztwo? - dotarł do niej głos Desdemony. Wydawał się bardzo odległy, choć dziewczyna siedziała tuż obok.
- Stanęło w miejscu - odpowiedziała po chwili Rita, starając się wyrwać z zadumy. - Wszystko przez tego smarkacza.
- Kogo?
- Mojego brata.
- Nie wiem dlaczego jesteś tak źle nastawiona do Bena - odezwał się po raz pierwszy Stamford. - Ale przysięgam, że jeśli trafię do tego samego domu co ty, to wypije wywar żywej śmierci.
- A ja zjem całą jadowitą tentakulę - odgryzła się Rita, a bagaże na półce nad jego głową niebezpiecznie zadrżały.
- Dajcie już spokój - przerwała im Desdemona. - Czeka nas długa podróż i na samym jej początku nie potrzebujemy żadnych trupów w przedziale.
Umilkli i teraz już tylko łypali na siebie spode łba.
- Tak lepiej - skwitowała Desdemona.
- To ja idę się przejść - oznajmiła Berta, odkładając na bok przeglądanego właśnie "Proroka Codziennego".
Wyszła z przedziału zanim ktokolwiek zdążył zadać jakieś dodatkowe pytanie.
Ledwie drzwi się za nią zamknęły, otwarły się ponownie.
- Tutaj też go nie ma - powiedziała Raquela Lestrange zamiast powitania.
Zza jej pleców zaglądały jakieś dwie blondynki. Jedną z nich była córka mężczyzny, którego tak ostentacyjnie minęły na dworcu.
- Ale ciebie już znam. Jesteś Rita, prawda? - zagadnęła Raquela.
Rita nie odpowiedziała. Wpatrywała się w towarzyszące jej dziewczynki. Rysy ich twarzy wydawały się jej dziwnie znajome.
- To Sophia i Sonya Malfoy - przedstawiła je panna Lestrange, uchwyciwszy jej spojrzenie. - Nie są bliźniaczkami, ani nawet siostrami. To kuzynki.
- Aha - podsumowała Rita w końcu odrywając od nich wzrok. - I co tutaj robicie?
Raquela westchnęła ciężko:
- Szukam Syriusza Blacka. Bracia powiedzieli mi, że zajmie się mną podczas podróży do Hogwartu, ale jakoś nigdzie go nie ma.
Bez żadnego zaproszenia usiadła na zwolnionym przez Bertę miejscu, zaś panny Malfoy, jak dwa jej cienie oparły się o drzwi.
- Nie było was na weselu Bellatrix, więc na pewno nie wiesz, co się stało...
- Mój brat zdążył mnie poinformować - przerwała jej Rita.
Z jednej strony chciała być dla dziewczyny miła, bo wszystko wskazywało na to, że jest blisko spokrewniona z tajemniczą przyjaciółką ojca, z drugiej... Raquela zaczynała ją irytować.
- Ach, to dobrze - wydukała panna Lestrange. - Swoją drogą... Nie rozumiem dlaczego was nie było. Przecież jesteście czystej krwi...
- Widocznie nas nie zaproszono - burknęła Rita, a Desdemona zaczęła dawać jej znaki, żeby siedziała cicho. - Jak na pewno wiesz, mój dziadek odwalił naprawdę cudowny numer... Cały nasz majątek zapisał w spadku swojej nieślubnej córce. A jej matka pochodzi z rodziny mugolskiej.
- Eee... No, tak - wyjąkała Raquela. - Mój tata często powtarza, że niektórzy z nas nie potrafią uszanować czystości swojej krwi.
- Stek bzdur - mruknął od niechcenia Stamford.
Na szczęście Lestrangeówna prawdopodobnie tego nie usłyszała, bo w tym samym momencie odezwała się Sonya Malfoy:
- Daj spokój z tymi cytatami swojego ojca. Co innego mówi, a co innego robi. Niby nie widziałaś jak uwijał się na weselu przy córce tego Constantina Rookwooda? A on ożenił się ze szlamą...
Rita i Desdemona wytrzeszczyły na nią oczy. Żadnej z nich rodzice nie pozwoliliby użyć tego słowa. Szlama było bardzo obraźliwym określeniem czarodzieja urodzonego w mugolskiej rodzinie. Jej kuzynce chyba też to się nie spodobało, bo rzuciła jej pełne wyrzutu spojrzenie.
- Akurat! - zaprotestowała natychmiast Raquela. Na niej wyzwisko nie zrobiło wrażenia. - A twój tata to niby się przy niej nie kręcił, co?
- Nie... Nie miałyście przypadkiem szukać tego Syriusza Blacka? - wtrąciła się szybko Desdemona, bo Sonya już nabrała powietrza, aby jej odpowiedzieć.
- Rzeczywiście! Na śmierć zapomniałam! - Raquela zerwała się na równe nogi. - Ale z Ritą tak miło się rozmawia... Cóż, może trafisz do Slytherinu, wtedy będziemy miały więcej czasu na pogaduszki.
Pogoniła z przedziału swoje towarzyszki, ale zanim zamknęła drzwi wsunęła jeszcze głowę:
- Jak przyjdzie czarownica z przekąskami kupcie sobie Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Są przezabawne!
I już jej nie było.
- A ty w którym byś chciała być domu? - zapytała Desdemona Ritę.
- W każdym, byle nie w tym co on. - Wskazała brodą Stamforda.
- Mogłabyś wziąć przykład z Sophii i siedzieć cicho - warknął Jorkins.
Desdemona przewróciła oczami i odwróciła się w stronę okna. Nie było tam nic ciekawego, tylko pola i łąki.
W tym samym momencie wróciła Berta i natychmiast usiadła obok przyjaciółki.
- Matka Gilderoya Lockhata, tego z Hufflepuffu kręci z szefem Departamentu Przestrzegania Prawa, potrafi się kobieta ustawić, trzeba przyznać - zaczęła mówić, rozdzielając między ich czwórkę jakieś różnokolorowe strączki. - Za to niektórzy mówią, że jego ojciec romansuje z Catrioną McCor...
- Co ty za dziadostwo nam dajesz? - przerwała jej monolog Rita.
- Co?... A to! Fasolki Wszystkich Smaków Bertiego Botta. Nowość cukiernicza - wyjaśniła Berta i podała jej "Proroka Codziennego". - Masz, przeczytaj sobie. Za to jakaś aktorka z Teatru Magicznej Jedności w lipcu wyszła za mąż... - jak gdyby nigdy nic, wróciła do przerwanego tematu.
Rita rozłożyła gazetę i znalazła rzeczony artykuł:
Rewolucja w dziedzinie cukiernictwa!
Bertie Bott, lat 39, wprowadza na czarodziejki rynek nowy przysmak dla najmłodszych. Fasolki Wszystkich Smaków, jak nazwał swój wynalazek, wchodzą do sprzedaży w dniu dzisiejszym. "Jeśli mówię, że są wszystkich smaków, to wszystkich", powiedział nam pan Bott, "są normalne smaki, takie jak jabłko, gruszka, malina czy bożonarodzeniowy pudding, ale można też natrafić na wyjątkowe: pieprz, drewno, szkło, czy... wymiociny, jak mój szanowny przyjaciel, którego nazwiska nie będę tutaj wymieniał".
Warto również wspomnieć, że Fasolki zostały wynalezione, gdy stare tenisówki pana Botta, wpadły mu do ważonego właśnie wywaru".
- Cudownie! Tenisówki w garze - powiedział, stwierdzając, że nie doczyta do końca. - Ja chyba nie skorzystam z twojej dobroci. Sami sobie jedzcie...
- Nie bądź głupia - zbeształa ją Berta. - Są bardzo dobre. A ta ciemnozielona to chyba kiwi.
Rita niepewnie spojrzała na strączek. Stamford od dłuższej chwili opychał się fasolkami i jeszcze żył, więc chyba nic jej nie grozi. Niepewnie odgryzła jeden z końców i... natychmiast wypluła.
- Tfu! Trawa! - niemal krzyknęła. - Ostatni raz takie świństwo miałam w ustach, gdy byłam trzylatką!
Berta się roześmiała:
- Ja w tym wieku wyjadałam ziemię z doniczki z paprotką wąskolistną. Za to Stamford, gdy miał niespełna rok, ugryzł naszego psidwaka w tyłek. Zwierzak do dzisiaj się go boi.
Brat spojrzał na nią jakby chciał ją zamordować.
- Przypomniałam coś sobie! - brnęła niestrudzenie Berta. - Andromeda Black, prefekt Slytherinu, ma wyjść za Lucjusza Malfoy'a. Ich rodzice umówili to małżeństwo na weselu jej siostry. Chyba nie jest tym specjalnie zachwycona. Podobno, tylko tak słyszałam, już na King's Cross zdążyła rozkwasić mu nos.
- Zbierasz wszystkie ploty - jęknęła Rita.
- Za to jej kuzyn, Syriusz...
- Za Raquelę Lestrange. Tak, już słyszałyśmy. Idę spać. Obudźcie mnie jak dojedziemy do Hogwartu.
Umościła się wygodnie na siedzeniu i zamknęła oczy. Wczesne wstawanie wybitnie jej nie służyło. Niestety, pomimo ogromnego zmęczenia nie mogła zasnąć na dobre. Wciąż balansowała między jawą a snem. Głosy towarzyszy podróży docierały do niej jakby z oddalenia i nie mogła zrozumieć sensu ich słów. Od tego dudnienia w głowie robiła się coraz bardziej zmęczona...
- Rita, obudź się. - Desdemona złapała ją za ramię i delikatnie nią potrząsnęła. - Za parę minut będziemy w Hogwarcie. Stamford wyszedł już z przedziału, żebyśmy mogły się przebrać...



